Zonk w Belgii cz. 2

flag-1040530_960_720

 

Dawno, dawno temu dodałam post o rzeczach, które zdziwiły mnie w Belgii, czyli tym, co mnie w jakiś sposób zaskoczyło, wydało się dziwne, do czego nie byłam przyzwyczajona.

Dzisiaj zapraszam na drugą część.

 

1/ Sprzątanie po psach. Wyprowadzając psa – nie ważne czyjego, może być twój, matki, sąsiada, whateva' – masz obowiązek po nim sprzątnąć. Masz też obowiązek mieć przy sobie stosowną do ilości czworonogów ilość woreczków.

Owszem, zdarza się, że leży klocek tu czy tam, bo debile są wszędzie. Ale nie jest to taka skala jaką pamiętam z Polski. Rany, wiosenne roztopy i slalom gigant po chodniku, który zamieniał się w pole minowe! I place zabaw, z których właściciele dość często robili sobie duże kuwety dla swoich pupili, a ty później patrz, czy dziecko nie bawi się tym, co właściciel powinien był sprzątnąć.

To tak samo, jakbym pozwalała się wypróżniać dziecku gdzie popadnie, radośnie rozrzucała pampersy z fekaliami. Masz psa, masz pewne obowiązki z nim związane – sorry, taki mamy klimat. Myślę, że zachodnioeuropejskie kary szybko nauczyłyby właścicieli czworonogów sprzątać po psie. Lub go wcale nie mieć.

Sąsiad nie będzie miał problemu, żeby zrobić ci zdjęcie przyłapując na śmierdzącym gorącym uczynku i zgłosić gdzie trzeba.

 

2/ Pogoda. Tak, pogoda właśnie. Tutejszą kocham i nienawidzę jednocześnie.

Ja jestem typem bardzo ciepłolubnym, więc dla mnie lekkie (w porównaniu do polskich) zimy są tym, co tygryski lubią bardzo. Zdecydowanie wolę, kiedy temperatura zazwyczaj nie spada poniżej zera (w tym roku w dzień taki spadek odnotowałam chyba 2 lub 3 razy), nie muszę się przedzierać przez zaspy, odśnieżać czy rozgrzewać zmarzniętych kończyn.

Ale, żeby nie było tak radośnie, to często zimą, wczesną wiosną i późną jesienią mamy porę deszczową. To jest ta część pogody, której nie znoszę. Ja, nienawidząca nosić ze sobą zbędnego balastu (parasolki), teraz go noszę. Dzień wygląda mniej więcej tak, że budzisz się rano – świeci słońce, myślisz 'jak zajebiście wspaniale'. Idziesz do łazienki, ogarniasz się do wersji, w której można pokazać się innym ludziom nie powodując uszczerbku na ich psychice, wychodzisz. Pada.

W takim razie zakładasz kurtkę, sandały zamieniasz na kalosze/przynajmniej adidasy, zgarniasz parasol i idziesz.

Mniej więcej 15 minut później przestaje padać i znów świeci słońce, jest ciepło. Zdejmujesz kurtkę i bardzo, bardzo chciałabyś założyć te sandały.

I tak w kółko, cały dzień. Dzień w dzień przez tydzień.

Parasol i folia przeciwdeszczowa do wózka to niezbędny element wyposażenia każdego rodzica.

 

3/ Cyfryzacja.

Nie wiem, jak jest w Polsce teraz, dawno nic nie załatwiałam (na szczęście – jeśli jest nadal podobnie jak kilka lat temu). To co uderzyło mnie w Belgii te kilka lat temu to fakt, jak bardzo Belgowie chcą ułatwić sobie pracę oraz funkcjonowanie, zarówno tym, którzy siedzą za biurkiem, jak i petentom.

Te 5 lat temu nie było to wszstko tak zaawansowane jak teraz, a mimo to odczułam różnicę bardzo.

Przed samym wyjazdem z Polski potrzebowaliśmy pobrać akty urodzenia, akt małżeństwa na druku międzynarodowym. A więc wio do urzędu, odstój swoje w kolejce, zapłać hajsy, odstój kolejne kwadranse, czasami daj się poodsyłać od jednego okienka/urzędu do drugiego, złóż wniosek i wreszcie, odbierz ten kawałek papieru, po który przyszedłeś. A i tak poszło nam sprawnie, bo chociaż od ręki dostaliśmy. Natomiast bratowa w tamtym roku czekała 2 tygodnie!

Tutaj znkomitą większość spraw można załatwić przez internet lub telefonicznie. Trzeba ci jakiś dokument (nie mówię o dowodzie osobistym)? Wchodzisz na stronę miasta, logujesz się na swoje konto klikasz w odpowiednie opcje i voila. Jutro lub za dwa dni listonosz przyniesie ci to, co potrzebne.

Bardzo podoba mi się, jak Belgowie szanują swój własny czas (przynajmniej jeśli chodzi o większość urzędów i instytucji) i nie marnują go na stanie w durnych kolejkach po sam wniosek czy tracenie czasu na obsłużenie 50 petentów dziennie, którzy przyszli tylko po wniosek i każdy z nich zabrał cenną minutę życia.

 

4/ Prawo jazdy. Kolejne zaskoczenie. Nie musisz chodzić na żadne wykłady, nawet na jazdy nie. Jeśli tylko zdasz egzaminy ten kawałek plastiku jest twój!

A jeśli chcesz się uczyć – możesz to robić w szkole, z kimś z rodziny, znajomych, sama. Chcesz nauczyć się jeździć? Albo, znów, szkoła jazdy, ktoś kto znajomy/rodzina, kto spełnia kilka warunków do tego by cię uczyć. Albo nawet… sama 🙂 Możesz uczyć się i zdawać egzamin na własnym samochodzie.

Ale więcej o prawie jazdy w Belgii już niebawem!

 

5/ Kiedy Dominika poszła do szkoły byłam absolutnie zachwycona jedną rzeczą – czasem zajęć.

Z Polski pamiętam i znam teraz z narzekań znajomych, którzy są rodzicami, że raz lekcje zaczynają się o 8.00, raz o 12.30, raz kończą się o 11.30, a bywa, że i przed 17.00. Straszne – zero rytmu, stałych godzin posiłków, nauki, czasu wolnego. No i problem dla rodziców, którzy nie pracują na zmiany i nie mają dziadków mogących pomóc pod ręką. Nie wiem, jak sobie radzą  w tej sytuacji, na prawdę.

Tutaj lekcje zaczynają się codziennie o 8.10/8.30 (zależnie od szkoły) i kończą o 15.10/15.30. Wyjątkiem są środy, kiedy zajęcia kończą się o 12.00/12.20. Jest możliwość zostawienia dziecka na świetlicy od rana (7.00-7.30) i po zajęciach do 17.30/18.00. Niektóre szkoły mają opcję popołudniowej świetlicy również w środy – ale tutaj uwaga na czas: poprzednia szkoła Dominiki mała świetlicę cały tydzień do 18.00, obecna ma w środy do 13.20.

Jest stały rytm dnia, pory na wszystko. Wspaniały pomysł!

 

6/ Pralnie. Jakże byłam zaskoczona, że nie w każdym domu jest pralka, która w Polsce jest podstawą. W niektórych mieszkaniach nawet nie ma odpływu, do którego można podłączyć pralkę. Za to wszędzie są pralnie i są dość popularne. Na dłuższą metę – nie dla mnie. Ale wybawienie na początku, kiedy dopiero się tutaj zaczyna i jest więcej innych niezbędnych zakupów i opłat, czy kiedy zepsuje się własna.

 

Podobało Ci się? Kciuk w górę 🙂

  • Ciekawe podejście do prawa jazdy. Z jednej strony wygodne, ale z drugiej… Hm, trochę niebezpieczne. Choć pewnie gdyby ten system się nie sprawdzał i byłoby dużo wypadków, to szybko by go zmieniono. Więc to zapewne kwestia mojego przyzwyczajenia do polskiego systemu. 🙂

    • System daje radę, choć wchodzą właśnie zmiany w egzaminach.