Strefa wolna od dzieci? Tak!

51eeda50d5c25_g1

Blogerzy parentingowi (i nie tylko) podzieli się na dwa – nie wojujące ze sobą, a wyrażające zdanie – obozy: tych chcących stref wolnych od dzieci i tych, którzy ich nie chcą. O dziwo, niektóre zdania u konkretnych blogerów mnie zdziwiły 🙂

Właściwie, w teorii jako matka powinnam być pro-dziecięca i chcieć wszystkiego, co daje jakieś przywileje i profity pociechom.
Well, nie jestem.
Jako rodzic zdaję sobie sprawę jaki jest to obowiązek i przywilej. Wiem, jakie niesie wady i zalety.
Jako rodzic potrafię wczuć się w sytuację obu stron – dzietnych i bezdzietnych, bo wciąż pamiętam, jak to było w erze przedrodzicielskiej.

Tak sobie myślę, co mi się czasami zdarza, że tyle się uczymy o dzieciach, tyle nowych badań jest prowadzonych, testów, ankiet, aktualizacji informacji. Wiemy wiele o psychice dziecka, o zdolnościach do percepcji, o samodzielnym myśleniu, o jego potrzebach, poziomach rozwoju i całej masie innych rzeczy, o których nie czytali nigdy nasi rodzice.

Jestem zdania, że popadanie w skajność nie przyniesie nic dobrego – ani tworzenie getta dla rodziców z dziećmi w miejscu ‚publicznym’, ani pozwalanie dzieciom na wejście wszędzie.
Mało tego, jestem zdania, że dziecko to nie jest mały dorosły – to dziecko. Ale jest to mały człowiek. Co z tego wynika?
To, że ma uczucia, odczuwa emocje, ma swoje prawa, obowiązki, potrzeby. ALE nie jest dorosłym. Jest na innym etapie rozwoju, więc stawiamy przed nim inne wymagania i dajemy inne przywileje – dopasowane do wieku i poziomu rozwoju dziecka.
Inaczej traktujemy dzieci, inaczej osoby młode, inaczej w średnim wieku, a jeszcze inaczej staruszków. Na inne rzeczy zwracamy uwagę przy każdej z tych grup wiekowych, na inne przymykamy oko, a za inne karcimy (choćby w myśli).

Fajnie widać taki niewymuszony podział w Belgii. Na przykład plac zabaw w parku, obok którego mieszkamy, jest podzielony na 5 części. Na pierwszej jest wielka piaskownica, a w niej: piasek (ofkors), huśtawki z dodatkowymi zabezpieczeniami dla maluchów, niska ślizgawka z niezbyt stromymi schodkami. Druga część to wyższa ślizgawka, małpi gaj, siatki ze średnimi oczkami, niższe poziome drabinki do przemieszczania się wisząc na rękach, etc. Trzecia część jest trudniejsza do pokonania. Czwarta jeszcze bardziej. A piąta to już level hard i mały survival 😉
Jak można wydedukować bez większego trudu – każda część jest dopasowa na odpowiedniej kategorii wiekowej, tak by zapewnić danej grupie dzieci jak najwyższe bezpieczeństwo i komfort zabawy, a także wyzwania odpowiednie do wieku i warunków fizycznych. Fajne rozwiązanie, prawda? Te starsze nie taranują w biegu tych pełzających. Nie wpychają im się w kolejkę, nie depczą mozolnie stawianych budowli z piasku. Te młodsze nie idą tam, gdzie nie trzeba, tam, gdzie mogą sobie zrobić krzywdę bez większego wysiłku.
Widać to też po kawiarniach, pubach i restauracjach. Młodzież ma swoje ulubione kluby. Średni wiek – puby i restauracje, ogórdki barowe. Są też takie wątpliwej renomy – ale wiadomo kogo tam się spotka. Mamy też miejscówki dla seniorów – wiadomo kto tam przyjdzie. Mają podobne wymagania, co do takiego miejsca – np. ma być ciszej, spokojniej. Chcą tam spędzić czas z partnerem/ką i znajomymi albo poznać kogoś nowego. Muzyka, menu, wystrój są dostosowane do ich gustu.
I to nie chodzi o to, by podzielić społeczeństwo i każdej grupie wiekowej wyznaczyć dozwoloną zonę. Chodzi o to, by zapewnić komfort każdej grupie wiekowej, każdemu typowi klienta – bo można ich podzielić na grupy z konkretnymi wymaganiam i oczekiwaniami. Choć nie ma co ukrywać, zawsze znajdzie się taki, co powie nie, ‚bo on chce i chuj’.
Wychodząc z dziećmi szukam miejsca, gdzie spokojnie możemy sobie usiąść, gdzie znajdę krzesełka dla małych dzieci, może nawet fajne dziecięce menu. Dobrze, jeśli jest jakiś kącik zabaw – bo jedno dziecko zje szybciej i się nudzi. A jak się nudzi, to wpada na niekoniecznie genialne pomysły. Jak się może pobawić, to my możemy skończyć w spokoju posiłek. Oczekuję przewijaka w łazience, możliwości podgrzania wody na mleko. I tego, że nikt nie będzie mnie zabijał wzrokiem, kiedy moje dziecko się rozpłacze.

Idąc do kawiarni rodzinnej wiem, że mogę nie mieć ciszy, bo będą tam inne dzieci. Za to spotkam innych rodziców (nowi znajomi?), a moje dzieci kompanów do zabawy.
Kiedy jednak mam wychodne, co też się zdarza, to wybieram miejsca dla dorosłych – gdzieś, gdzie ze znajomymi napijemy się piwa, pogadamy na dorosłe tematy – bez hamowania języka, bo coś nie jest przeznaczone dla uszu dzieci. Bez ryku owych dzieci dookoła, bez marudzenia, bez ciągłego słuchania jak upominają je rodzice. Bo kiedy wychodzę bez dzieci, to po to by od nich odpocząć – a tym bardziej od cudzych. I tak, wybrałabym miejscówkę ‚wolną od dzieci’, żeby mieć pewność, że tam ich nie będzie.

Albo wyobraźcie sobie spotkanie biznesowe – niby wybieramy fajną restaurację, zaczyna się poważna rozmowa, a tu jakiś małolat biega między stolikami, albo drze papę, że on nie będzie jadł tego obrzydliwego spaghetti.

No, i po rozmowie.

A może dwoje rodziców – dziadkowie litościwie zaoferowali się zostać z potomstwem, człowieki wychodzą po raz pierwszy od 2 lat sami, szykują się na wieczór we dwoje, może nawet szarpną się na randkę, wyszykują na wyjście i w myślach będą podskakiwać przez dwa tygodnie ilekroć przypomną sobie, że TO SIĘ WYDARZY.

Sedno, romantico kolacja, nastrój, klimacik – zupełnie, jakby cofnęli się w czasie jakieś 5 lat. Dziadkowie uprzedzeni, że mogą się kontaktować tylko w przypadku zagrożenia życia – swojego. Albo dzieci.

A tu suprajs – pani przy stoliku obok przewija malucha. No i wuj strzelił cofanie w czasie i ten wielki dzień.

Takie restauracje ze strefą wolną od dzieci i restauracje rodzinne to sytuacja win-win.

Temat odgrzewany w styczniu 2016 za sprawą włoskiego właściciela restauracji.

Nadal jestem tego samego zdania.

 

  • Pewnie, ze powinny byc strefy wolne od dzieci i właśnie ja jako matka wiem to najlepiej. Chociaz moze głupio to brzmi „strefa bez dzieci” ale jakies ograniczenie wejscia powyzej 18;)

    • Zdecydowanie tak. Nie rozumiem argumentów, że to dyskryminacja rodzin z dziećmi.
      Kurcze, przecież mamy inne miejsca, gdzie dzieci nie są wpuszczane, właściwie wszyscy <18. Mamy restauracje i kluby, gdzie wchodzi się wyłącznie w odpowiednim stroju. Albo takie, gdzie to selekcjoner wybiera kto wejdzie – i tu jakoś nikt się nie burzy, że dyskryminacja.